BEFORE & AFTER #2





Ostatni wpis z tej serii pojawił się grubo ponad rok temu.
Możecie go zobaczyć tutaj (klik).

Jednak tym razem również nie chciałam wrzucać tylko samych zdjęć, ale napisać co nieco o mojej obróbce, bo dostaje o nią dość często pytania na Instagramie.
W tym poście uwzględniłam same tegoroczne sesje, które wykonałam w wakacje. Materiał z każdej zobaczycie w osobnych wpisach, a ten możecie potraktować jako małe zapowiedzi.


Po lewej stronie (lub u góry) znajdują się tzw. surówki,
czyli oryginalne zdjęcia wyeksportowane z Lightrooma. 




Zacznijmy od tego, że ja nie lubię zbyt dużo kombinować przy zdjęciach. Jednak porównując ten wpis z poprzednim z tej serii, który podlinkowałam wyżej, moja praca nad zdjęciem znacznie się różni. Praktycznie do lipca wszystkie sesje obrabiałam tak samo - można powiedzieć uniwersalnie. Bałam się kombinować z kolorami, bałam się, że przesadzę z czymkolwiek i zdjęcia będą wyglądać kiepsko, np. kiedy wywoła się je na papierze. Zanim wrzuciłam je na Instagram, dodawałam zawsze ten sam filtr z aplikacji VSCO, żeby kolory były spójne i to działało. Dostawałam wiele wiadomości, że wszystko wygląda super i moje konto jest takie spójne. Mnie jednak gryzło, że na Facebooku i blogu zdjęcia wyglądają inaczej, a na Instagramie inaczej.





Jednak nadszedł przełom. Stwierdziłam, że nie chcę już dłużej publikować różnych zdjęć na moje konta. Wrzuciłam jedną fotkę do VSCO, nadałam ulubiony filtr i na bazie tego, jak wyglądało, starałam się uzyskać ten sam efekt w lightroomie. Ile ja się namęczyłam! Siedziałam przed komputerem cały tydzień, aż w końcu osiągnęłam efekt. Zdjęcia były prawie identyczne, a nawet podobały mi się bardziej niż z VSCO.

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nie mogłam wszystkich zdjęć z sesji wrzucić do tej aplikacji i dopiero wstawiać na resztę kanałów i wysyłać modelom. A no dlatego, że VSCO tak okropnie psuła jakość zdjęć, że to była pikseloza. Na telefonie tego nie widać, ale na ściągniętym zdjęciu już tak. Byłoby mi wstyd wysłać komuś zdjęcia w takiej jakości.

Pomyślałam wtedy, że jestem już takim bossem obróbkowym, że teraz będę wrzucać foty do Lightrooma, klikać jeden preset i gotowe. Jak ja się myliłam...



Nie było możliwości, żeby jeden preset pasował do wszystkich sesji! Wiadomo, że trzeba go było dopasować suwakami do danego zdjęcia, ale czasem wyglądało to tak głupio, że sama śmiałam się do monitora. Wiem, jakie kolory lubię i jakie chce uzyskać. A ja lubię ciepłe tony, ale nie do przesady. Nasycone zdjęcia, ale zieleń lubię zgaszoną. Szybciej więc było obrabiać każdą sesję osobno, ale ze swoimi zasadami. I chyba zadziałało! Po tych zmianach dostaję wiadomości, że kolory są ładne, odbitki wychodzą tak, jak widzę pliki w komputerze i mi samej się podoba. 




Wiem, że nie wszystkim podobają się moje zdjęcia. Wiem, że dla niektórych są za mocne/za ciepłe/za jakieś tam. Ale nie dogodzę wszystkim i nie muszą się wszystkim podobać. Cieszę się, że mam grono odbiorców, którzy czują tak, jak ja. Jakiś czas temu pewnie dalej siedziałabym w bezpiecznym miejscu, chociaż nie uważam, że moja obróbka jest przesadzona.





Lubicie takie wpisy?

Ja chętnie zaglądam do postów z tej serii. 
Mam jeszcze drugą część zdjęć,
więc możecie spodziewać się jej niedługo!